Rajd Czterech Żywiołów, czyli: Co to jest rajd przygodowy?

29 Paźdź

16 czerwca 2012 odbył się w Kluczach sympatyczny i zgrabny rajd przygodowy. Pomyślałem, że to doskonała okazja aby opisać czym właściwie jest rajd przygodowy. Zapraszam na nietypową relacje. Nie będzie o tym jakie było tętno, gdzie mięśnie pracowały bez zarzutu, a gdzie miały strajk włoski. Nie będzie o tym jak inni gonili nas, a my goniliśmy innych. Wyjaśnię o czym mówię, kiedy mówię o rajdzie przygodowym.

Co to jest zespół?

Rajdy przygodowe to sport dla zespołów. Czasami czteroosobowych, czasami dwuosobowych.  W rajdzie Czterech Żywiołów startują teamy dwuosobowe. Ważną czynnością jest dobranie się w zespół. Czasami sami kogoś szukamy, czasami jesteśmy znajdowani. Tym razem zostałem znaleziony. Wygląda to mniej więcej tak:

  • Konrad: „Hej Arek!”
  • Arek: „Hej! Słuchaj Konrad, nie mogę rozmawiać, oddzwonię wieczorem”
  • Konrad: „Ale tylko krótkie pytanie, za tydzień jest taki rajd..”
  • Arek: „Ok!”

Co to jest dojazd? i co to jest baza?

Rajd przygodowy to coś, co (póki co) nie jest dostarczane do domu . Na rajd trzeba dojechać. Czasami można dojechać pociągiem, czasami można znaleźć transport na forum rajdowym. Najlepiej jednak dobrać się w zespół tak żeby jedna osoba posiadała urządzenie do przewożenia ludzi i sprzętu rajdowego.

Rajdy odbywają się w przeróżnych miejscach. Baza może być w dużym mieście, może być też w osadzie, w której ludzie wciąż się boją samochodów (przesadzam, ale wiecie o co chodzi). Bazą rajdu Czterech Żywiołów jest wioska Klucze. Duża wioska, prawie 6 tys. mieszkańców. Klucze znane głównie z produkcji tak zwanej „taśmy życia” leżą w bardzo ciekawym miejscu. Na prawo jura krakowsko-częstochowska, na lewo pustynia błędowska. To normalne dla rajdów przygodowych. Rajd zawsze są w ciekawych miejscach.

90% rajdów posiada bazę na szkolnej sali gimnastycznej. Także na stałym wyposażaniu rajdowców jest mata do spania i śpiwór. W Kluczach bazą jest boisko piłkarskie. W takim  wypadku, warto dobrać się w zespół tak żeby jedna osoba posiadała urządzenia do nocowanie na zewnątrz.

Co to jest odprawa? i co to jest przepak?

Przed rajdem zawsze jest odprawa. Odprawa to takie zebranie, na którym organizator opowiada dowcipy, a uczestnicy zadają śmieszne pytania. Czasami jest też co-nie-co o trasie rajdu. Największy wysiłek umysłowy trzeba podjąć aby zrozumieć rozkład przepaków. Przepak to miejsce, w którym następuje zmiana dyscypliny. Czasami na przepaku można coś zostawić, ale nic nie można na przepak przygotować. Czasami na odwrót. Czasami można wszystko.

Na rajdzie Czterech Żywiołów, na naszej trasie jest jeden przepak. W bazie przygotowujemy rzeczy na przepak. Wkładamy w skrzynię: jedzenie, picie, ciuchy na zmianę.  Skrzynię porzucamy w miejscu, gdzie organizator umieścił informację, że tu należy takie skrzynie porzucać. Ponieważ takich miejsc może być kilka dla różnych tras i różnych przepaków umiejętność uważanego czytania bardzo się przyda.

Co to jest punkt kontrolny (PK)?

Rajd polega na odnajdywaniu punktów kontrolnych.  Na starcie dostajemy mapę, na której są punkty zaznaczone i opisane (np. „skrzyżowanie ścieżek). W terenie znajduje się „kasownik”, którym dziurkujemy kartę startową. Prawidłowy układ dziurek to znak, że byliśmy w prawidłowym miejscu. Proste.

Co to jest trasa rajdu przygodwego?

Na rajdzie Czterech Żywiołów dostępne są dwie trasy. Trasa Extrim (150km, startuje 17 drużyn) i Open (80km, startuje 29 drużyn). Nasz team wystartuje na trasie Open. Dlaczego? Kwestia ochoty, podejścia, wytrenowania.  Wybór trasy na rajdzie przygodowym jest jak wybór między półmaratonem a maratonem w bieganiu, czy też dystansem mega a giga w maratonach rowerowych.

Ważne aby pamiętać, że rajd przygodowy jest sportem nieprzewidywalnym. Kilometry trasy podane są szacunkowo. Fakt, że trasa ma 80 kilometrów oznacza mniej więcej tyle, że najkrótsze i (raczej) możliwe do przybycia warianty mają 80 kilometrów.  Szacowanie ile czasu zajmie dany etap, czy cały rajd to robota jedynie dla doświadczonych szamanów. Długość trasy nie uwzględnia sytuacji, w których nie wiemy, czy lepiej zsunąć siebie i rower ze skarpy, czy też objechać dookoła. Czy sytuacji gdy nie wiemy już nic.  Jeśli przeliczymy swoje tempo z biegania i roweru i powiemy żonie, że zdążymy na obiad, to może uda się jeszcze odegrać zdziwienie: „Sobotni? przecież chodziło mi o obiad w niedzielę!”

Na rajdzie przygodowym jedna decyzja może oznaczać kilka godzin różnicy. Niewiele przed metą dwa zespoły walczą bark w bark, a potem jeden pojawia się na mecie po 1,5 godziny.  Tak było na trasie Open. Wygraliśmy z Konradem z czasem 9 godzin i 38 minut. Drugi zespół, który przez większość rajdu był tuż za nami, finalnie dotarł na metę z czasem 11 godzin i 2 minuty.  Ostatni zespół, który zdołała ukończyć całą trasę, czyli odszukać wszystkie PK miał czas 19 godzin 21 minut.  Nie był to jednak ostatni zespół w klasyfikacji, tylko 12 na 29 drużyn. Jeszcze większe różnice były na podium trasy długiej. Póki rajd trwa wszystko jest możliwe.

Co to jest etap trekkingowy?

Na rajdzie Czterech Żywiołów pierwszy etap to trekking, czyli etap biegowy. Na rajdach mamy dwa rodzaje etapów biegowych: trekking i bieg na orientacje. Trekking oznacza mapy o dużej skali i odległości między punktami liczone w kilometrach. Bieg na orientacje oznacza mapy o małej skali i odległości między punktami w setkach metrów. Etap trekkingowy może mieć 15 kilometrów i 4 PK, bieg na orientację 4 kilometry i 15 PK.

Początek to zawsze bieg w grupie, ale zadziwiająco szybko stawka się rozprasza. Podczas rajdu nie będzie czegoś takiego jak masowy kontakt z innymi uczestnikami. Z jakimś zespołem możemy się tasować, możemy też utworzyć chwiejną koalicję, która trwa dopóty wizje tego, gdzie jest kolejny PK stają się rozbieżne.

Sama nawigacja to rzecz bardzo ciekawa. Na rajdach spotkamy wyszkolonych profesjonalistów, ale większość, w tym ja, to ludzie, których profesjonalizm zaczyna się i kończy na wiedzy, co oznacza słowo „mapa”.  Uczymy się tej mapy podczas biegu, często posługujemy się intuicją, czasem mamy szczęście i trafiamy prosto na bardzo trudny punkt, czasem robimy jakąś totalną głupotę i szukamy godzinę punktu, który był banalny.  Najważniejsze jest, że orientacja sportowa daje jakieś niewiarygodne poczucie pełni. Dla tych którzy wiedzą ile endorfin wyzwala ruch fizyczny wystarczy pomnożyć to razy dwa, czyli dodać wysiłek umysłowy.

Co to jest etap kajakowy?

Po odnalezieniu 4 punków w terenie wracamy do bazy i wskakujemy na rowery. Przed nami bardzo krótki, 6 kilometrowy odcinek dojazdowy na przepak. Z przepaku bierzemy dwie butelki wody, wrzucamy do kajaka i ruszamy na spływ Białą Przemszą. Etapy kajakowe to bardzo przyjemne fragmenty rajdów. Można się potaplać w wodzie, pozwolić nogom odpocząć i po raz kolejny dokonać odkrycia: jak piękny jest świat z wodnej perspektywy.

Moje 7-letnie doświadczenie rajdowe pokazuje, że etapy kajakowe robią się coraz ciekawsze. Nawigacja jest trudniejsza, trzeba wpłynąć w dziwne miejsca czy przebijać się przez zarośla. Czasami jedną sprytną decyzją można przebić się z piątego miejsca na pierwsze. Na rajdzie Czterech Żywiołów najpierw spływamy Białą Przmeszą, potem musimy wrócić pod prąd. Mamy nakaz trzymania się koryta rzeki, czyli nie ma noszenia kajaka pod pachą. Powrót jest trudny. Nie wiadomo czy lepiej wiosłować walcząc z nurtem, czy spacerować po dnie rzeki ciągnąc kajak. Podczas takiego spaceru zahaczam o coś sterczącego i wyrywam pół pięty w moich bardzo starych butach biegowych.

Co to jest etap biegu na orientacje? Co to jest scorelauf?

Po kajaku zaczynamy biec na orientacje. Dostaję ciekawą lekcje o zdolnościach adaptacyjnych człowieka. Na bieg wyruszam w butach z urwaną połową pięty. Na początku mój bieg jest czymś pomiędzy ucieczką gangstera z postrzeloną nogą, a  radosnym pląsem dziewczynki goniącej motyle. Po jakimś czasie zapominam o problemie, a na koniec biegnie mi się tak normalnie, że nie mogę pojąć dlaczego wcześniej miałem problem.

Bieg ma formę, którą nazywa się „scorelauf”. To dziwne słowa oznacza, że nie ma obowiązkowej kolejności zaliczania PK. Musimy sami ustalić kolejność. Ważne jest aby nie biegać z jednego końca mapy na drugi, żeby nie zbiegać  z samej góry na sam dół, no i żeby żadnego punktu nie ominąć. Las w którym, odbywa się bieg jest pełen górek i skał. Jest bardzo urokliwie. Możne tu urządzić coś, co nazywa się zadania specjalne, ale to już kolejne pytanie..

Co to są zadania specjalne?

Czasem jest tak, że po dotarciu w odpowiednie miejsce nie możemy podbić PK na karcie startowej. Może być tak, że PK wisi gdzieś wysoko przypięty do skały lub liny  lub, że broni go jakiś masywny człowiek i mówi „nie podbijesz póki czegoś nie zrobisz”. Na rajdzie Czterech Żywiołów zdarza się to dwa razy. Najpierw musimy strzelić z wiatrówki do puszek. Mamy po 3 strzały i musimy trafić w dwie puszki. Konrad trafia najpierw w swoją, potem w moją. Zadanie zaliczone. Potem mamy wspinaczkę. Wspiąć się musi jedna osoba z zespołu. U nas wspina się ten, co słabo strzela z wiatrówki.

Co to jest etap rowerowy?

Wracamy na przepak i robimy szybki popas. Doświadczeni rajdowcy wiedzą, że czas na przepakach to dodatkowa dyscyplina. Często decydująca o zwycięstwie. Po napełnieniu brzuchów wskakujemy na rowery. Na etapie rowerowym mamy tą samą mapę, co na etapie trekkingowym. Nawigacja jest trudna. Duża skala powoduje, że miejsce, w którym może znajdować się punkt jest obszerne. Teren też nie jest prosty. Górki, skały, jary. Jeden zespół postanowił zostawić rowery i przeszukiwać skalistą okolicę pieszo. Punkt znaleźli, ale potem godzinę szukali rowerów. Po rajdzie baza tętni od opowieści typu „a jak wam poszedł  PK17? my czesaliśmy dwie godziny, już straciliśmy nadzieje, ale wtedy Piotrek wymyślił…”. Nam ta trudna nawigacja wychodzi bardzo ładnie. Ktoś przydzielił nam na tą upalną sobotę bardzo dużo szczęścia.

Na etapie rowerowym był też przerywnik z rowerową jazdą na orientacje. Miało to nowatorską formułę. Niewiele osób to polubiło, ale mi się bardzo podobało. Do odnalezienia było 5 PK: A,B,C,D, E. Kolejność obowiązkowa, ale na mapie nie było informacji, który punkt jest który.  Najpierw dotarliśmy na B, potem na D i w końcu na A. Mogliśmy podbić A i wrócić na B. Na mapie były jeszcze dwa nieodkryte punkty. Najpierw trafiliśmy oczywiście na E. Nie mogliśmy go podbić, ale już przynajmniej mieliśmy karty na stole i mogliśmy szybko zrobić C, potem D, potem E.

Co jest jest radość rajdowca na mecie?

Nikt tego jeszcze dobrze nie opisał. Natomiast wielu miało okazję doświadczyć. Proponuję spróbować.

Reklamy

Navigatoria Adventure Race 2012 – trasa speed

18 Czer

Kajaki się nam udały. Z siódmego miejsca awansowaliśmy na pierwsze. Jeden szczebel zyskaliśmy już dzięki unikatowej metodzie wodowania kajaka. Konrad podniósł kajak z trawy i wrzucił do wody. Nad głowami teamu, który rozpoczął wodowanie przed nami. Szybko i skuteczne. Kolejny team został wyprzedzony na jeziorze Orle. Śmignęliśmy obok niczym dwóch młodych bogów. Zęby wyszczerzone, pełna świadomość, że jesteśmy mocni. Za chwilę połkniemy kolejne zespoły. Albo i nie. Boskie moce zaczęły się ulatniać, albo wyższych bogów mieliśmy przed sobą. Czołówka powoli się oddalała.

Na rzece pojawiła się cementowania. Trzeba przenieść kajak do kanału i ominąć teren przemysłowy. Wymyślam żeby nie ładować się w kanał tylko gnać na skróty, przez łąkę. W pewnym momencie skrót i kanał się łączą. Widzimy peleton czterech kajaków. Wow! Ale nadrobiliśmy! Wodujemy sprzęt w środek stawki. Dwa kajaki przed nami, dwa kajaki za nami. Jesteśmy na trzecim miejscu. Po chwili okazuje się, że kanał, co rusz jest przyblokowany. Brzegi kanałku są bardzo strome, ale jest z nami siła Konrada, damy radę, rzucam hasło: „Kondzi! wracamy na łąkę!”. Cała scena wyglądała tak: dwóch dzikusów wyleciało z krzaczorów, wrzuciło kajak do wody, włączyło się do ruchu i po 20 metrach wygramoliło kajak po dwumetrowej, stromej skarpie i uciekło z powrotem w krzaczory. Rajd przygodowy. Najważniejsze, że nasze dziczenie jest skuteczne. Dochodzimy do rzeki. W tle słyszymy łamanie gałęzi. Chłopaki utknęli tam na poważnie. Wodujemy kajak, wiemy, że jesteśmy pierwsi. Za nami długo nic.

Miło rozpocząć relację od kajakowych sukcesów. Z resztą (jak można się domyślić) nie było już tak wspaniale. Prawdziwy początek rajdu Navigatoria na trasie Speed to bieg na orientację po Sopocie. 5 kilometrów, 11 punktów do odnalezienia. Startuję razem z Konradem Wtulichem. To nasz drugi wspólny start, rok temu było Dymno. Orientację po Sopocie biegniemy szybko, nawigujemy bezbłędnie i… kończymy bieg na siódmym miejscu. Po biegu na orientacje mamy dwie nietypowe dyscypliny. Pierwsza to siedzenie na molo. Druga to podróż autobusem. Obie okazały się przyjemne i „dyskusyjne”. Postuluję o wprowadzanie ich na większości rajdów.

Autobus przywozi nas nad jezioro Orle. Start odbywa się na podstawie czasów z biegu na orientacje. Musimy patrzeć jak sześć zespołów rusza przed nami. Ale spokojnie, przegonimy ich. Skończymy kajak na pierwszym miejscu. A… już o tym było? No dobra. To potem był rower, potem bieganie, potem znowu rower. Parę punktów odnaleźliśmy gładko, a parę chropowato. Nie było w bystrości naszych umysłów potencjału do utrzymania pierwszego miejsca. Ale na trzecie starczyło. Rajd miał 70 kilometrów i był bardzo przyjemny. Doskonała zabawa dla dużych dziewczynek i chłopców.

Małe dziewczynki i mali chłopcy też mogli w Sopocie pobyrkać. W ramach ramach Navigatoriu była też trasa „Family Adventure”, czyli rodzinny biegu na orientację po Sopocie. Tu wygrał team, który razem ze mną i Konradem do Sopotu przyjechał. Nazwa teamu to: żona i córy Konrada. Oficjalna była jakaś inna. Ale czy to ładnie wygrywać, gdy tata sportowiec jest dopiero trzeci?

Ogromne podziękowania dla wszystkich odpowiedzialnych za to, że miałem tak piękny-trójmiejsko-mławski weekend!

W drodze na rajd, Konrad i córa

Wodowanie sprzętu, czyli jak udaję, że też coś podnoszę

Tzw. uśmiech przedmetowy

Team Radka Literskiego dotarł na metę razem z nami – także mieliśmy dwa trzecie miejsca ex aequo

Picie alkoholu w miejscu publicznym…

… i oblewanie się alkoholem w miejscu publicznym

Podium trasy speed

zdjęcia: pierwsze moje, reszta Furbo.pl

Kilka słów zachwytu nad Dymnem 2012

22 Maj

Gdyby ktoś ze cenę 80 polskich złotych podstawił dla ciebie kajak w dzikie miejsce, dał w rękę zalaminowane zdjęcie satelitarne okolicy,  zaznaczył na nim ciekawe miejsca, zapewnił prowiant na kajak, a po kajaku suty posiłek i nocleg to czy nie byłby to doskonała oferta na weekend? Wszystkie pseudo-promocje czy „grupowe dile” chowają się ze wstydu. Rajdy przygodowe są fascynujące ciekawe, fascynująco niszowe i fascynująco tanie.

Na zawodach Dymno, o którym będzie tu mowa, wpisowe na trasie ekstremalnej wynosiło dokładnie 80zł od osoby. Cena nie obejmowała jednak jedynie trasy kajakowej. W pakiecie jest jeszcze trasa rowerowa i trasa piesza. Być może gdyby kosztowało to tyle ile powinno, czyli 10 razy więcej to ludziska z Warszawy zjechały by tłumnie. Niemniej nie podsuwam takich pomysłów organizatorom. Dobrze jest tak jak jest.  Niewielka grupa pozytywnie zakręconych ludzi i bardzo przyjazny klimat imprezy.

Baza Dymna 2012 było Stare Bosewo, gmina Długosiodło. Na trasie ekstremalnej startowało 20 dwuosobowych ekip. Razem z Rafałem Niedźwiedźińskim ukończyliśmy zawody na 5 miejscu. Rajd miał bardzo ciekawa formułę. Nie było oddzielnych tras na rower i bieg. Uczestnicy mogli sami wybierać jak pokonają trasę. Należało uzbierać 100 punktów, za każdy punkt kontrolny w terenie podbity pieszo były 4 punkty przeliczeniowe, a za rowerowy 2. Było też pewne minimum do zdobycia w każdej dyscyplinie. Mi się ta formuła bardzo spodobała.

Z Rafałem mieliśmy dobry pomysł jak pokonać trasę. W trakcie zabawy zmieniliśmy go jednak na znacznie gorszy. Najpierw chcieliśmy większą część punktów zgarnąć biegiem (tak jak zrobiły zespoły, które zajęły 4 czołowe lokaty). Bieg nam wychodził bardzo dobrze. Biegliśmy szybko, nawigowaliśmy bezbłędne. Zrobiliśmy 43km w 5 godzin, co jest przyzwoitym czasem jak na uliczny maraton, a tu był bieg po polach, łąkach i krzaczorach. Na dodatek woda i prowiant nie w bufetach, ale na plecach.

Pomimo tego,ze biegło nam się dobrze uznaliśmy ze przebiegi są za długie i rower będzie bardziej opłacalny. Nawigacja rowerowa jest jednak znacznie trudniejsza. Trzeba szybciej myśleć i ostrożniej dobierać warianty. Okazało się, ze dla nas to za trudne. Co rusz przepychaliśmy rowery przez jakieś bagno i finalnie wyszło 5 miejsce.

Na koniec jeszcze o wzmiankowanym kajaku. Po prostu totalna bajka. Tak pięknie, tak dziko i tak blisko Warszawy. Podziękowania dla Andrzeja Krochmala i jego ekipy za kolejny wspaniały rajd! Wielkie dzięki tez dla Rafała. Rafał to wymarzony partner na rajd. Spokojny i zawsze optymistyczny. Dzięki Rafał!

A dodam jeszcze, ze pogoda była niezbyt radosna. Wiało, lało i było zimno. Czy komu to przeszkadzało? Nikomu! To jakby zakochana para poszła na randkę w deszczu. Czy byliby mniej szczęśliwi? Czy narzekali by na deszcz? Zapewne nie. Brykanie po deszczu z uśmiechem to naprawdę miła rzecz. Jak ktoś akurat nie ma w planie zakochiwania się to zawsze bez problemu może wystartować w rajdzie przygodowym!

Na koniec galeria zdjęć by Piotr Silniewicz (Silne Studio)

 

Barcelona Maraton 2012

29 Mar

Ciekawe ile energii zużywa organizm na efekt dreszczy… i czy gdyby tych dreszczy nie było (przy tych wszystkich bębniarzach, tancerzach, zabytkach, wrzeszczących kibicach) to człowiek mógłby pobiec szybciej. Nie ważne… i tak pobiegł najszybciej w swoim życiu, czyli zrobił tak zwaną życiówkę. W  najnowszym magazynie „Bieganie” (04/12) można znaleźć doskonały tekst Kuby Wolskiego „100 rzeczy, które kocham w bieganiu„. Jedna z tych rzeczy to przekroczenie mety ze świadomością, że jest życiówka. Święta prawda! (ale moja najulubieńsza rzecz z tej listy to: uciekać do domu przed deszczem… i nie zdążyć)

...a głupiemu radość, czyli tak się człek cieszył na mecie

Tak sobie myślę, że być może z tymi życiówkami trochę oszukuję. Tak naprawdę mogę biegać dużo szybciej, zapewne nawet szybciej niż ci wszyscy Kenijczycy. Ale nie opłaca mi się to. Lepiej poudawać zmęczenie, wysiłek, wypruwanie flaków i potem znowu wlecieć na metę z tą dziką radością,  życiówka! A potem jeszcze raz. I znowu. Od 2007 roku, rok, w rok poprawiam całą paletę rekordów. No był jeden wyłom na przełomie 2009/2010…ale możemy tetrisowo skasować ten pusty blok.

Oto moja życiówkowa ewolucja (na 2012 mam jeszcze do odrobienia „dyszkę”)

Wróćmy jeszcze na chwilę do samej Barcelony. Choć niewiele tu można napisać ciekawego. Ani o mieście, ani o maratonie, który się w tym mieście odbywa. Wystarczy słowo „pięknie!”. Nie dość, że trasa nie idzie na żadne kompromisy jeśli chodzi o atrakcyjność (ruch uliczny i warczące auta odesłane są chyba na Marsa) to znajduje się na niej 50 punktów animacji. Dlatego z tymi dreszczami to naprawdę nie żart. Pojawiają się, co chwile. Wrażenia są nie do opisania. Cały bieg to jedno wielkie święto. W takiej scenerii i przy takim wsparciu kibiców przebiegnięcie maratonu to w 1% walk` z własnym ciałem, a w 99% czysta, wydestylowana radość .

Ostatni cykl zimowej MTB Mazovia 2012

22 Mar

Tym razem Józefów. Solidnie obity po poprzednich edycjach, wybieram spokojną i ostrożną jazdę. Ale okazało się, że mój talent do groźnych upadków jest nieposkromiony. Do obitej kości ogonowej (I edycja), obitego żebra (II edycja) dorzucam zdarty łokieć i gigantyczny siniak na dupsku. W sumie wyszło najdelikatniej. Może dlatego, że rower wziął trochę na siebie. Pękła przednia przerzutka. Do mety dojechałem. Ale po upadku, który wiązał się z zanurzeniem w kałuży po szyję i bez przedniej przerzutki należy raczej mówić o doturlaniu.

Tuż przed Józefowem byłem sześć dni na nartach w Austrii. Żebro bolało na tyle, że miałem wmontowany system ostrzegania przed zbyt ryzykowaną jazdą. Ale i tak w miejscu stoku, gdzie był pomiar prędkości miałem 93,6km/h. Ilość upadków podczas tych 6 dni? Zero. Wystarczyły niecałe dwie godzinny z rowerem w lesie żeby narciarski wynik poprawić. Talent, talent jeszcze raz talent. A może w tym całym MTB im człowiek próbuje ostrożniej tym bardziej wywrotowo wychodzi?

Dodam jeszcze, że w klasyfikacji generalnej M-3 cyklu Northec Mazovia 2012 zająłem 26 miejsce. Tuż za mną był Kuba Sieniuć (31 miejsce). A na pudle, na trzecim miejscu stanął niejaki Wojciech Łachut, z którym swego czasu (jak jeszcze był oswojonym kucykiem, a nie zdziczałym ogierem) zdarzało mi się jeździć Mazovie koło w koło.

Trochę zdjęć z Józefowskich lasów (zdjęcia: Staszek Staszewski, Piotr Marchel, Ola Andrzejewska, Zbyszek Kowalski):

Krótko z Mrozowych MTB 2012

6 Mar

To był naprawdę ciekawy maraton rowerowy. Od sufitu piękne słońce, od podłogi błoto, kopny śnieg, wyślizgany lód. Jadę do Mrozów z pewną niepewnością. Nie jestem w pełni sprawny. Mówiąc ściślej mam problem żeby się schylić czy usiąść na krześle. W Karczewie obiłem sobie kość ogonową. Tydzień sobie pobolewało ale nie było tragicznie. Potem pobiegłem półmaraton bijąc rekord życiowy. Musiałem mocno spinać pupsko podczas tego biegu, ponieważ zaczęło mnie boleć naprawdę. Przy pewnych ruchach pojawił ból przeszywający niczym sztylet. Jakby coś randkowało z moim rdzeniem kręgowym.

W Mrozach mam zamiar jechać oszczędnie i spokojnie. Ale na początek, czyli godzinę przed zawodami postanawiam zrzucić ciężkie opony z kolcami, na znacznie lżejsze i szersze geax’y. Pomagają mi Wojtek, Kuba i Marcin. A pracę mechaników rowerowych uwiecznia Zbyszek Kowalski. Z moimi oponami bezdętkowymi sprawa idzie ciężko i mam już zamiar się poddać. Zamiast MTB pobiegam sobie po lesie. Jednak los chciał inaczej i melduję się na stracie. Początek bardzo spokojnie. Środek trochę raźniej. Końcówka na maksa. Umiejętnie unikam gleb tam gdzie jest ślisko i niebezpiecznie. Ale w samej końcówce popisuję się fikołkami tam gdzie nie ma ku temu żadnych powodów. Szczególnie bolesny jest upadek przy wyprzedzaniu. Zjeżdżam z toru jazdy i wjeżdżam prosto w dziurę. Kierownica trafia w żebro. Najwyższy czas zainwestować w okulistę…

Trasa maraton w Mrozach pokazała, że marzec to doskonały miesiąc na rower. Wszystko jest tu możliwe. Jeden las, a dziesiątki wariantów nawierzchniowych. Podróż przez wiele kontynentów i pór roku w przeciągu 40 kilometrów. I co z tego, że żebro rywalizuje z kością ogonową, które obicie bardziej boli (kość ogonowa rulez!). I tak było warto 🙂

Na odwrót czyli tak samo. Półmaraton Wiązowna 2012.

28 Lu

W Wiązownie jedno jest pewne: wiatr. Wieje jak w kieleckim. Choć to Mazowsze, prawie Warszawa. Ten rok był jednak wyjątkowy. Nie było wiatru? Nie… to byłby koniec świata. Jest szansa, że w roku 2013 wiatru nie będzie 🙂 W roku 2012 wiało stamtąd, gdzie zwykle wiało dokąd. Co to zmienia? Wszystko. Jeśli chcę pobiec szybko, czyli na rekord to stosuję technikę „daj wszystko co masz, a potem jeszcze dwa razy tyle”. Aura Wiązowny sprzyjała takiemu podejściu. Trasa biegu ma formułę „biegniesz połowę i zawracasz”. Meta jest tam gdzie start. W ostatnich latach wiatr najpierw blokował drogę, smagał po twarzy, a w połowie zmieniał zdanie i zaczynał pomagać. Po nawrocie człowiek dostawał skrzydeł. Ot cały sekret rekordów w Wiązownie.

Prognozy przewidywały, że w tym roku pierwsza połowa biegu ma być drugą, a druga pierwszą. Czyli w połowie, gdy człowiek dał już z siebie wszystko i potrzebuje miłego słowa od przyjaciela (bądź przyjaciółki), dostanie piachem po oczach. Prognozy się sprawdziły. Teoria się nie sprawdziła. Miało być na odwrót, a wyszło jak zwykle. Rekord pobity o dwie minuty. Jak co roku. Wniosek: to nie wiatr pchający do mety jest przyczyną szybkich biegów w Wiązownie. Zagadka pozostaje nierozwiązana. Może są tu jakieś anomalie grawitacyjne albo kauczukowy asfalt. Długość trasy się zgadza. Byłem w Wiązownie szósty raz i moje dżipiesy zawsze pokazują przepisowe 21,1km. Zagadkę dodatkowo gmatwa fakt, że nie u wszystkich występuje fenomen Wiązowny. U mnie występuje silnie. Moje trzy najszybsze półmaratony w życiu:

Czas poniżej 1:23 w półmaratonie to kwalifikacja na Maraton w Nowym Jorku. Na stronie jest już informacja, że od 2013 kwalifikacja zostanie podniesiona na 1:19. Czyli człek nie ma wyjścia i musi w 2012 do Nowego Jorku pojechać :). Matys też jedzie. Podobno załatwił z panem Obamą odpowiednie szczęście w loterii.

Kilka zdjęć z zawodów:

Start. Widać mnie w 4-tym rzędzie. Mark Twain powiedział „Wszyscy leżamy w rynsztoku, ale niektórzy patrzą w gwiazdy” 🙂

Meta przekroczona w dziwny sposób (może to jednak ta grawitacja…)

Marcin Soszka, którego poznaliśmy podczas maratonu w Tallinie również ma syndrom rekordu z Wiązowny, no i jeszcze syndrom  koszulki Stalina 🙂